NOWOŻYTNA SZLACHTA I BASTA

NOWOŻYTNA SZLACHTA I BASTA

Od pańszczyzny do biurokracji. Dlaczego współczesny „parobek” ma ciężej niż ten w średniowieczu?
​Kiedy myślimy o mrokach polskiego feudalizmu – nieważne, czy mówimy o późnym średniowieczu, czy o złotym wieku nowożytności – przed oczami staje nam ten sam obrazek. Umęczony chłop, nierzadko boso, od świtu do nocy zasuwa na pańskim polu, podczas gdy wąsaty szlachcic w kontuszu popija miód pitny i biesiaduje.


​Historia uczy nas, że system był bezwzględny. Szlachta, stanowiąca rzekomą „tarczę narodu”, miała bronić granic i dbać o porządek. W zamian za tę wątpliwą opiekę, chłop musiał oddawać tak zwaną rentę feudalną. Najpierw była to odróbka (pańszczyzna), czyli darmowa praca na polu pana przez określoną liczbę dni w tygodniu. Potem doszedł do tego danina w naturze – oddawanie części zbiorów, zboża, jaj czy drobiu – a z czasem czynsz, czyli żywa gotówka. Szlachta bawiła się na całego, pławiąc się w przywilejach, a chłopstwo tworzyło fundament, na którym stała cała Rzeczpospolita.
​Brzmi jak odległa, barbarzyńska przeszłość? Nic bardziej mylnego. Zmieniły się dekoracje, stroje i nazewnictwo, ale mechanizm pozostał ten sam. Tyle że dziś mamy znacznie gorzej.
​Nowa szlachta, stare obyczaje


​W XXI wieku rolę dawnych magnatów i zagrodowej szlachty przejęła nowa kasta: armia urzędników, polityków i nominatów partyjnych. To dzisiejsza „szlachta z nadania”. Oni również nie generują realnego zysku, nie wytwarzają chleba, nie budują domów ani nie programują komputerów. Oni po prostu zarządzają owocami pracy klasy robotniczej i przedsiębiorców.
​Zamiast pańszczyzny mamy dziś skomplikowany system podatkowy – PIT, CIT, VAT, akcyzy, składki zdrowotne i ZUS-y. Współczesny pracownik przez niemal połowę roku (do tzw. Dnia Wolności Podatkowej) „zapieprza” wyłącznie na utrzymanie państwa. Oddajemy już nie snopy zboża czy kilka groszy, ale lwią część naszych realnych zarobków. A na co idą te pieniądze? Na utrzymanie bizantyjskiego aparatu władzy.
​Matematyka nie kłamie: Kiedyś było ich mniej​Gdzie leży największy haczyk i dlaczego dawny parobek mógł mówić o „szczęściu” w nieszczęściu? Chodzi o proporcje.
​W dawnej Polsce szlachta stanowiła – w zależności od okresu – od 6% do maksymalnie 10% społeczeństwa. Jeden chłop musiał wyżywić relatywnie niewielką grupę panów. Co więcej, tytułu szlacheckiego nie rozdawano na prawo i lewo; trzeba było się urodzić w odpowiedniej rodzinie lub dokonać spektakularnych czynów na wojnie.
​A jak jest dzisiaj? Dziś urzędników i wszelkiej maści „biorców” publicznych pieniędzy jest od groma i ciut ciut. Ich liczba nie wynika z realnych potrzeb państwa, ale z ordynacji wyborczej i czystego kolesiostwa. Po każdych wyborach parlamentarnych czy samorządowych karuzela stanowisk rusza od nowa.
​Wydłużenie kadencji w Polsce do 5 lat tylko ten proces zabetonowało. Logika tej nowej „szlachty” jest prosta i bezwzględna:


„Muszę dać stołek koledze, szwagrowi i znajomemu z partii już teraz. Muszę stworzyć dla nich nowe departamenty, biura i agencje. Dlaczego? Bo jeśli za 5 lat zmieni się władza i mnie wysiudają, to ten kolega mi się odwdzięczy i da mi posadę u siebie. Jeśli ja nie dam jemu dzisiaj, on nie da mnie jutro”.
​W ten sposób tworzy się zamknięty krąg wzajemnej adoracji i wymiany przysług. Powstają całe zastępy „biorców” – ludzi, których praca polega głównie na braniu pensji, przerzucaniu papierów z biurka na biurko i podpisywaniu list obecności.
Granice wytrzymałości
​Różnica między średniowiecznym parobkiem a dzisiejszym pracownikiem fizycznym, kasjerem czy budowlańcem jest dramatyczna. Tamten chłop, choć uciemiężony, musiał utrzymać jednego pana i jego rodzinę. Dzisiejszy pracownik, swoją ciężką pracą w fabryce czy magazynie, musi zrzucić się na pensje dla tysięcy urzędników ministerstw, kuratoriów, agencji rozwoju i miejskich spółek holdingowych.
​Społeczeństwo powoli dochodzi do ściany i granic swoich możliwości wytrzymałościowych. Koszty życia rosną, podatki nie maleją, a armia „biorców” pęcznieje z roku na rok. Kiedyś system feudalny w końcu pękł, bo ucisk stał się nie do zniesienia. Pytanie brzmi: jak długo współczesna klasa pracująca da radę nieść na swoich barkach tę stale rosnącą, nowożytną „szlachtę” za biurkami?

Lucjan Cyfer

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *